...

Umowy dla freelancerów: jak zadbać o siebie w biznesie | Iza Buszan

5 lut 2026 | Podcast, rozwój biznesowy

W rozmowie z Izabelą Turczyńską-Buszan rozkładamy temat umów na czynniki pierwsze i pokazujemy, jak podejść do nich bez strachu.

posłuchaj odcinka NOWEGO SEZONU #2.16

Legal design: umowy dla freelancera jako narzędzie, a nie straszak | Rozmowa z Izą Turczyńską-Buszan

O czym mówimy w tym odcinku

Witamy Cię w kolejnym odcinku drugiego sezonu podcastu Dochodowe Studio Graficzne! W drugim sezonie naszej audycji zaglądamy za kulisy pracy w branży graficznej razem z naszymi gośćmi – rozmawiamy o projektowaniu, prowadzeniu biznesu i realiach codziennej pracy kreatywnej.

W dzisiejszym odcinku podcastu rozmawiamy z Izabelą Turczyńską-Buszan, prawniczką i twórczynią Projektu Prawnego. Zapraszamy do słuchania i czytania: z kubkiem kawy i bez spiny!

Czy umowy dla freelancera muszą być napisane niezrozumiałym językiem, żeby były skuteczne prawnie? Obalamy mit! Sprawdź nasze umowy dla graficzek w nurcie legal design - właśnie ruszyła przedsprzedaż.

Iza pokazuje, że prawo wcale nie musi być skomplikowane. Umowy mogą być jasne, klarowane i bez zadęcia. Z tego odcinka dowiesz się czym jest legal design i jak może zmienić podejście do umów w Twoim biznesie.

Iza dzieli się swoją historią przejścia od tradycyjnego prawnika do propagatorki prostego języka w dokumentach prawnych. Tłumaczy, jak stworzyć umowę, która będzie nie tylko skuteczna prawnie, ale też przyjazna dla klienta i zgodna z wartościami Twojej marki. Poznasz praktyczne wskazówki, jak używać umowy jako narzędzia współpracy, a nie straszaka.

 

Szukasz więcej inspiracji dla swojego studia graficznego? Sprawdź pozostałe nasze odcinki tutaj.

Zostaw komentarz pod filmem na Youtube lub napisz do nas tutaj:

InstagramLinkedin Ania  - Linkedin Karlahelou@shablon.pl

 

W ODCINKU WSPOMINAMY:
  1. Projekt Prawny - tutaj znajdziesz stronę www i profil na Instagramie
  2. A tutaj link do profilu Izy na LinkedIn

Do usłyszenia i zobaczenia w kolejnym odcinku!

wolisz oglądać?

Zobacz nagranie odcinka na YouTube

Kluczowe momenty tego odcinka

00:00 – Wprowadzenie i przedstawienie gościa

05:05 – Jak wypalenie zawodowe doprowadziło do odkrycia Legal Design

14:40 – Dlaczego boimy się prawników i umów?

23:20 – Czym jest Legal Design i jak zmienia podejście do prawa?

33:39 – Umowa jako mapa współpracy, nie "dupochrony" na czas wojny

43:19 – Czy AI może zastąpić prawnika przy tworzeniu umów?

50:19 – Jak wysyłać umowę razem z ofertą - nowe podejście

01:00:20 – Dlaczego umowy nie muszą być skomplikowane, by były skuteczne

01:07:20 – Jak dostosować język umowy do swojej marki

01:10:20 – Podsumowanie

wolisz czytać?

Zobacz pełen transkrypt odcinka

Legal design: umowy dla freelancerów bez prawniczego żargonu. Rozmowa z Izą Turczyńską-Buszan o legal design

K | A: Dzień dobry, cześć. witamy Was bardzo serdecznie w kolejnym odcinku podcastu Dochodowe Studio Graficzne. Z tej strony Karla i Ania. Dziś rozmawiamy z Izabelą Turczyńską-Buszan — prawniczką i współtwórczynią Projektu Prawnego. Dzień dobry, cześć.

I: Cześć, dzień dobry, dziękuję zaproszenie. 

Kim jest Izabela Turczyńska-Buszan i czym jest Projekt Prawny

K | A: Iza jest prawniczką — i współtwórczynią Projektu Prawnego, o którym dziś będziemy dużo rozmawiać. W ramach tego projektu pokazuje, że prawo wcale nie musi być skomplikowane ani napisane niezrozumiałym językiem. Można więc powiedzieć, że Iza to nasz człowiek wśród prawników.

I: O, cudownie, dziękuję.

K | A: Z tego, co już zdążyłyśmy zauważyć, Twoją misją jest to, żeby prawnicy zaczęli mówić po ludzku, a umowy były pisane językiem zrozumiałym dla wszystkich. Chodzi też o to, żeby przedsiębiorczynie mogły świadomie zadbać o swoje interesy. Na co dzień wspierasz firmy w budowaniu bezpiecznych i klarownych zasad współpracy i uczysz, jak się z umowami zaprzyjaźnić — zamiast się ich bać. Mamy nadzieję, że po tym odcinku właśnie tak się stanie i trochę ten temat odczarujemy.

Zajmujesz się wspieraniem przedsiębiorców w tworzeniu przyjaznych ram prawnych. Zaczęłyśmy się zastanawiać, czy stoi za tym jakieś konkretne wydarzenie w Twoim życiu. Coś, co sprawiło, że najpierw wybrałaś prawo, a później zaczęłaś je upraszczać?

I: Prawo nie było wyborem serca — raczej racjonalnym. Dwadzieścia parę lat temu wydawało się bezpiecznym kierunkiem: dobry zawód, stabilność, dochód. Trochę jak lekarz czy prawnik w rodzinie.

Wypalenie zawodowe jako moment zwrotny

Czy dziś, mając 45 lat, wybrałabym tak samo? Nie wiem. Świat jest zupełnie inny, możliwości jest dużo więcej. Przez około 15 lat — do czterdziestki — wykonywałam ten zawód w bardzo standardowy sposób i obsługiwałam głównie przedsiębiorców. Moje umowy i dokumenty wyglądały jak u większości prawników: skomplikowany język, dużo niezrozumiałych sformułowań, styl, w którym jesteśmy kształceni. Naprawdę nie czułam, że robię coś źle. Wydawało mi się, że tak po prostu ma być.

Jeśli przez kilkanaście lat uczysz się i pracujesz na tekstach pisanych w ten sposób, to przesiąkasz tym językiem. Wpadasz w tzw. klątwę wiedzy — przestajesz zauważać, że ktoś może tego nie rozumieć. I ja też w tym byłam.

K | A: Czyli to stało się po prostu normą.

I: Tak. Jednocześnie zawsze miałam taką cechę, że w bezpośredniej komunikacji skracałam dystans z klientami. Potrafiłam w rozmowie wytłumaczyć im prawniczy świat w miarę przystępnie, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że same dokumenty mogłyby wyglądać inaczej.

Około czterdziestki uderzyłam w ścianę wypalenia zawodowego. Przez dłuższy czas towarzyszyła mi depresja i ogromny kryzys sensu. Robiłam swoją pracę dobrze, byłam sprawcza, dowoziłam — ale czułam się jak chomik w kołowrotku. Bez sensu. Zaczęłam się zastanawiać, czy chcę to zamknąć, czy zrobić coś zupełnie innego. Miałam różne pomysły: kwiaciarnia, kawiarnia, piekarnia. Wtedy — zupełnie niespodziewanie — pojawiło się hasło legal design. Nie pamiętam skąd — chyba zobaczyłam jakiś zagraniczny podcast czy artykuł i pomyślałam: Kurczę, o czym to jest? Zaczęłam drążyć. To podejście bardzo do mnie przemówiło — intuicyjnie, wartościami. Zobaczyłam, że istnieje sposób pracy prawnika bardziej spójny z tym, kim jestem i wsiąkłam w legal design całkowicie. To było około trzech lat temu i mam poczucie, że to uratowało mój biznes — w tym sensie, że on w ogóle dalej istnieje.

K | A: Brzmi bardzo romantycznie — ten pomysł małego biznesu.

I: Tak, romantyzujemy to bardzo, a potem okazuje się, że o czwartej rano trzeba jechać po kwiaty na giełdę.

K | A: Szczerze? Mam poczucie, że Tobie i tak by się to udało. Masz ogromną sprawczość, energię i charyzmę.

I: Bardzo wam dziękuję. Czyli kawiarnia wciąż wchodzi w grę.

K | A: Podobno jeden z trudniejszych biznesów, ale w połączeniu z kwiatami… brzmi kusząco.

I: Trochę był to przypadek, ale ja już nie wierzę w przypadki. Mam poczucie, że kryzys był po coś — otworzył mnie na inne rozwiązania. Legal design pojawił się wtedy nieprzypadkowo i bardzo mnie pociągnął. W tamtym czasie w Polsce właściwie tylko Kamila Kurkowska mówiła o legal design na poziomie ogólnym. Zaczęłam grzebać głębiej i poczułam, że jako prawniczka mogę być częścią realnej zmiany, a dla mnie poczucie wpływu jest kluczowe — bez niego nie widzę sensu. Dzięki legal design ten sens odzyskałam.

K | A: To spróbujmy uporządkować: czym właściwie jest legal design?

I: Definicji jest wiele, ale ja wolę mówić o tym, czym legal design jest dla mnie. To nie jest sztywna metodologia ani naukowa dyscyplina — to raczej nurt myślenia o tym, jak prawnicy mogą inaczej projektować swoje usługi. W skrócie: to design thinking przeniesiony na obszar prawa, czyli empatia, zrozumienie potrzeb użytkownika, badanie jego problemów i projektowanie rozwiązań, które są użyteczne. W prawie to wcześniej prawie nie istniało, bo środowisko jest bardzo hermetyczne.

K | A: Aż się wydaje, że to podejście mogło pojawić się dużo wcześniej.

I: Też tak myślę. Prawnicy przez język i formę komunikacji mocno się dystansują. Jest nawet takie określenie: „prawnicy i nieprawnicy”. Jakby reszta świata była jedną kategorią. To dużo mówi. Kiedyś prawnik był jedyną osobą z dostępem do wiedzy. Dziś mamy internet, AI, powszechny dostęp do informacji. Rola prawnika się zmieniła, ale sposób komunikacji często nie nadąża. Jesteśmy przeładowani informacjami, czytamy inaczej, piszemy inaczej. Udawanie, że świat się nie zmienił, po prostu nie działa, dlatego widzę ogromną szansę w zmianie komunikacji.

Dlaczego boimy się umów? Umowa jako wartość, a nie „plik w Wordzie”

K | A: Dla branży kreatywnej prawo często jest po drugiej stronie barykady: nieprzejrzyste, nieintuicyjne, budzące stres. Traktowane raczej jako zło konieczne.

I: To ma kilka przyczyn. Jedna to stereotypy — popkultura, filmy, seriale. Druga to język. Jeśli jesteś wykształconą osobą, a mimo to nie rozumiesz dokumentu, pojawia się wstyd. To bardzo trudna emocja. Dochodzi też cena — usługi prawne nie są tanie, szczególnie dla małych biznesów. Choć rynek się zmienia i pojawia się coraz więcej sensownych rozwiązań. Jest jeszcze jedna kluczowa rzecz: czy my w ogóle rozumiemy wartość umowy? Jeśli widzimy ją tylko jako „plik w Wordzie”, to cena boli. Jeśli rozumiemy, co ona realnie daje — bezpieczeństwo, porządek, spokój — wtedy perspektywa się zmienia. Pytanie, czy prawnicy potrafią tę wartość komunikować.

K | A: Tak, bo po obu stronach musi być to zrozumienie. 

Powiedz, w którym momencie powstał pomysł na Projekt Prawny?

I: Bardzo szybko. Poszłam na szkolenie z design thinking — byłam jedyną prawniczką i miałam wrażenie, że prowadzący mówi po chińsku. Wtedy dotarło do mnie, jak bardzo legal design wymaga zespołu interdyscyplinarnego: prawo, język, projektowanie użyteczności. Legal design nie dotyczy tylko dokumentów — można nim projektować procesy i usługi. Ale jeśli mówimy o dokumentach, to zaczynamy od zrozumienia realnych problemów: co się nie udaje we współpracach, co stresuje klientów, gdzie pojawiają się konflikty. Często okazuje się, że problem nie jest tam, gdzie nam się wydawało, na przykład: klauzula o wizerunku. Klienci bali się jej podpisywać, bo była napisana ciężkim, prawniczym językiem. Po analizie wyszło, że problemem nie była zgoda jako taka, tylko jeden konkretny sposób użycia wizerunku. Gdy opisaliśmy to jasno, językiem korzyści, napięcie zniknęło. 

To jest właśnie ten moment, w którym można odpowiedzieć na potrzeby nie tylko językiem, ale też projektem dokumentu. Jeśli są rzeczy ważne i mniej ważne, jeśli ktoś chce szybko coś znaleźć — da się to ułożyć tak, żeby było po prostu użyteczne. Kiedy zobaczyłam, że mam kompetencje prawniczki, która rozumie biznes i potrafi prowadzić procesy design thinking, a do tego zdobyłam kompetencje językowe (to było dla mnie bardzo rozwojowe), zaczęłam pracować prostym językiem zgodnym z normą ISO. Wtedy doszłam do wniosku, że jeśli dołączę do tego zespół: osoby od języka oraz osoby od projektowania użytecznego, to wsparcie, które daję klientom, będzie naprawdę kompleksowe. I tak powstał Projekt Prawny. Dziś jest to w dużej mierze zespół kobiecy — najczęściej pracuję z Gosią i Beatą, tak się po prostu ułożyło. Szkolimy prawników, tworzymy dokumenty, a także szkolimy działy prawne i wdrażamy to podejście bezpośrednio w organizacjach. To są dla mnie najfajniejsze procesy — kiedy uczymy ludzi „w środku” i ta zmiana zostaje w firmie na dłużej.

Uważam, że ogromną wartością jest właśnie zespół — to, że możemy się wzajemnie uzupełniać kompetencjami. Z feedbacku, który dostajemy, wynika, że to jest na rynku dość unikalne: klienci mówią nam, że działamy najbardziej kompleksowo i „mięsisto”, czyli dowozimy konkretne rozwiązania, a nie tylko ogólne hasła.

K | A: To jest zmiana przez duże „Z”. I bardzo spójna. Chciałybyśmy jeszcze wrócić do języka. W naszej branży ogromnym problemem są poprawki: co jest zmianą, co poprawką, ile rund, gdzie to się kończy. Czy to są rundy czy tury?

I: Tu jesteście bardzo blisko architektów jako grupa zawodowa. Właśnie pracuję z architektami po dużej konferencji branżowej — byłam tam prelegentką i pokazywałam umowę w Legal Design. Przygotowaliśmy też wzór umowy specjalnie dla architektów z Pomorza, zaprojektowany prostym językiem. Reakcje były bardzo pozytywne. Ludzie byli w szoku, że do umowy można podejść w taki sposób, a jednocześnie bardzo szybko wyszło, że ich największa trudność jest niemal identyczna jak wasza — czyli: co jest zmianą, co jest poprawką, ile jest rund, jak to w ogóle sensownie opisać.

W Projekcie Prawnym próbowałyśmy to obejść w ramach wzoru umowy. Oczywiście wzór nie rozwiąże wszystkich problemów i nie każdego zadowoli — on zawsze ma swoją specyfikę. Zaprojektowałyśmy te „rundy poprawek” jako schemat działania: krok po kroku, kto co robi, w jakim czasie, ile jest rund, jakie są czasy reakcji — tak, żeby to było czytelne dla obu stron. Faktycznie największy problem pojawia się w momencie oceny: czy dana zmiana jest mała czy duża. Czy to jeszcze drobna uwaga, czy już coś, co realnie zmienia cały projekt, ale również na to można znaleźć rozwiązanie — zarówno językowe, jak i projektowe. Dokładnie trafiasz w punkt. To jest wasz największy ból i dokładnie w tym miejscu nasz zespół szuka rozwiązań, które ten ból realnie łagodzą.

K | A: Och, tych „bóli” mamy mnóstwo. Boimy się właściwie wszystkiego. Najczęściej tego, że klient zrezygnuje, nie zapłaci albo wykorzysta efekt naszej pracy. Paradoksalnie to najczęściej spotyka osoby, które w ogóle nie podpisują umów — bo wydaje im się, że to za duży koszt. Od razu przychodzi taka myśl: skoro nie mam pieniędzy na prawnika, to może napiszę umowę z AI i poproszę, żeby była prosta. Jakie tu są zagrożenia?

I: Ja nie jestem przeciwniczką AI — sama używam GPT i bardzo mi pomaga w wielu zadaniach: porównaniach, podsumowaniach, porządkowaniu. Nawet powiem przewrotnie: da się stworzyć umowę z pomocą AI.

Problem jest gdzie indziej: żeby AI przygotowało umowę naprawdę „Twoją”, musisz umieć zadać bardzo precyzyjne pytania. Ogólny prompt w stylu „jestem projektantką, napisz mi umowę” da dokument, który będzie wyglądał jak umowa, ale nie zabezpieczy Twoich konkretnych interesów — tych, które wynikają z Twojego sposobu pracy, doświadczeń i realnych ryzyk w Twoim biznesie. Wasze obawy są bardzo typowe: brak płatności, wykorzystanie pracy, przeciąganie współpracy. Podobnie mają architekci i wiele innych branż. Czasem te lęki wynikają z doświadczeń, a czasem z tego, że biznes nie jest jeszcze poukładany i trudno nam pewnie komunikować swoją wartość. Gdy masz własny, dobrze ustawiony wzór umowy i wiesz, co sprzedajesz, zupełnie inaczej rozmawia się z klientem.

K | A: Tu dotykamy też naszej pozycji. Jeśli pokazujemy klientowi: „to jest nasz wzór umowy”, napisany normalnym językiem, opisujący zasady współpracy i relację — to zupełnie inny start.

I: Owszem. Umowa nie ma być „stawianiem warunków”, tylko jasnym opisem zasad.

K | A: Kiedy pytamy klienta: „czy masz swoją umowę?”, a potem ją po prostu podpisujemy, to często — nawet nieświadomie — strzelamy sobie w kolano. Zwłaszcza że jako mały biznes potrafimy podpisać umowę z karą za każdy dzień zwłoki — tak wysoką, że pół roku pracy tego nie pokryje. Podpisujemy, bo „tak jest we wzorze”.

I: A potem wystarczy się spóźnić i robi się problem.

K | A: Wiemy, że tak się dzieje. Ludzie odkładają temat umowy, bo mają poczucie, że to mnóstwo zagadnień do ustalenia — nie tylko poprawki, ale cała reszta. Trzeba wiedzieć, czego się chce.

Dobra umowa dla freelancerów: kluczowe elementy

I: Właśnie. Tych „klocków” w umowie wcale nie jest aż tak dużo. Dla mnie kluczowe są cztery obszary: zasady współpracy (w tym poprawki), płatności — i najlepiej tak ustawione, żeby nie było wszystkiego dopiero po oddaniu pracy, prawa autorskie — w jakim zakresie i na jakich zasadach oraz kwestie opóźnień i ewentualnych kar umownych.

Przedmiot jest ważny, ale często to bardziej element „operacyjny” — da się go doprecyzować w załączniku: co dokładnie powstaje, w jakiej liczbie, w jakich formatach przekazujecie pliki. Z prawnego punktu widzenia ważniejsze jest, żeby główne zasady były jasne. Gdyby każda graficzka odpowiedziała sobie uczciwie na kilka pytań z tych obszarów — np. jak chcę otrzymywać wynagrodzenie (część przed, część po), jak przekazuję prawa i jak to wpływa na wycenę, ile rund poprawek przewiduję i od kiedy dodatkowe zmiany są płatne — to nagle robi się dużo prościej. Co najważniejsze: nikt nie działa na domysłach, a granice są opisane.

K | A: Kiedy prosimy klienta o jego wzór umowy, to nawet może się okazać, że tych zasad wcale nie ma i wtedy gramy na jego warunkach, albo na warunkach, których klient sam nie rozumie.

I: Albo narzuca swoje — i to często wcale nie jest dla was bezpieczne.

Umowa jako mapa współpracy (a nie „na czas wojny”)

Wiesz, jak o tym mówisz, to mam wrażenie, że przestajemy myśleć o umowie jak o „zabezpieczeniu na wypadek wojny”. Zaczynamy traktować ją jak plan współpracy — taki blueprint, mapa procesu. Może dzięki temu klienci też poczują, że nie idziemy do nich z nożem, tylko chcemy współpracować po ludzku.

To jest dokładnie moja misja. Sama przez lata powtarzałam, że „umowy są na czas wojny”. Uważam, że wszyscy daliśmy się oszukać przekonaniu, że umowa musi być niezrozumiała, żeby była skuteczna prawnie. Jest w nas taki mit: im trudniejszy język, tym większa „poważność” i „moc”. Ciągle słyszę od klientów: „taka prosta umowa? Tak bym sam napisał, ona nic nie chroni”. To nieprawda. To przekonanie trzeba obalać.

Szczególnie w umowach handlowych, używanych na co dzień, umowa powinna działać jak instrukcja z IKEI: krok po kroku pokazuje, co robimy, kiedy i kto, za co odpowiada. „Dostałam materiały — mam trzy dni na uwagi. Teraz jest czas na płatność. Teraz przekazanie plików”. To jest użyteczność. Gdy dojdzie do sporu, sąd i tak będzie ustalał, co strony uzgodniły. Wy — jako przedsiębiorcy — potrzebujecie umowy przede wszystkim po to, żeby wiedzieć, jak działać w trakcie współpracy. I jeszcze jedno: umowa może być elementem wizerunku. Często jest tak, że biznes dojdzie do porozumienia, a potem przychodzi umowa i wszystkim „zrzędnie mina”.

K | A: Napisane w Times New Romanie, kompletnie niespójnym z resztą materiałów.

I: Owszem. Nagle „bolą zęby” od samego patrzenia. Bardzo chcę tym podejściem ten ból zdejmować. Miałam klienta, który powiedział: „Wysłałem umowę dwa razy i za każdym razem słyszałem: jak to się przyjemnie czyta. Pierwszy raz nikt nie odsyła mnie z tym do prawnika”. Inny klient napisał mi, że jego kontrahent podpisał umowę od ręki i powiedział: „świetna, bez nadęcia, bez uwag”. To pokazuje, że można traktować umowę jako część komunikacji marki. Jeśli twoimi wartościami są jasność, współpraca i partnerskie podejście — to umowa nie musi ukrywać miliona rzeczy. Wystarczy klarowny opis: jak pracujemy, kiedy płatność, jak prawa. To ma też efekt uboczny: łatwiej dobierasz do współpracy ludzi, którym taki styl odpowiada — a odsiewasz tych, którzy potrzebują „ciężkiej” umowy, żeby potem walczyć o każdą karę i haczyk.

K | A: W naszej branży często traktuje się umowę jak formalność na koniec: „wszystko już ustalone i tak nikt tego nie czyta”. I właśnie dlatego, że zapisy bywają skomplikowane.

I: Z wielu powodów — tak.

K | A: Przecież w trakcie współpracy szczegóły się ulatniają. Klienci potrafią się zgubić, nie wiedzą, czego się spodziewać, a umowa mogłaby być mapą: gdzie jesteśmy w procesie, co dalej, jakie są terminy i zasady — po obu stronach.

I: Właśnie. Wszyscy wiemy, dokąd jedziemy i jakim „pojazdem”.

K | A: My i tak musimy to sobie rozpisywać, planować w czasie — więc dlaczego nie przenieść tego do umowy?

I: Da się, ale są tu dwie rzeczy. Po pierwsze: to wymaga od was energii na coś, czego zwykle nie lubicie. Z mojego doświadczenia często wystarcza godzinne spotkanie, żebym zrozumiała wasz styl pracy, specyfikę, potrzeby i problemy. Trzeba się po prostu „dać poznać”. Po drugie: warto nie traktować umowy jako czegoś, co wysyła się na samym końcu, po ustaleniach. Lepiej, żeby szła razem z ofertą — jako część propozycji współpracy. Wtedy klient widzi od razu, jak pracujecie: prawa autorskie, płatności, zasady oraz widzi: „to jest uporządkowana osoba, wie, jak chce działać”. To nie znaczy, że klient wszystko podpisze z uśmiechem. Ma prawo negocjować, ale gdy macie zasady poukładane, rozmowa jest na innym poziomie: „więcej praw — inna cena”, „inna forma płatności — inne warunki”. Wielu moich klientów tak właśnie robi: wysyła wzór umowy razem z ofertą.

K | A: Przyznam, że mnie to zaskoczyło, ale to ma dużo sensu i pewnie rozwiewa mnóstwo wątpliwości klienta.

I: Owszem. Jeśli umowa jest procesowa i czytelna, klient od razu widzi, jak to działa. A większość sporów bierze się z niedopowiedzeń. Z tego, że czasem boimy się coś powiedzieć, czasem zapominamy, a czasem zakładamy, że druga strona myśli tak jak my. Każdy wchodzi w relację ze swoimi doświadczeniami — dobrymi i złymi — i to niewypowiedziane potrafi później wybuchnąć w najmniej spodziewanym momencie.

K | A: Na Projekt Prawny trafiłam dzięki Beacie na LinkedInie. Pomyślałam: „kurczę, ciekawe”. Poszłam po nitce do kłębka i nagle dotarło do mnie, że naszej branży tego brakuje. Jesteśmy branżą projektową, a wysyłamy brzydkie i nieczytelne umowy. Kto, jak nie graficzki, powinien o to dbać?

I: Absolutnie.

K | A: Odezwałyśmy się do was, potem życie trochę pokręciło, ale wiedziałam, że to trzeba dociągnąć i bardzo się cieszę, bo mamy już pierwsze etapy współpracy nad wzorami dla graficzek. To jest mi bliskie też dlatego, że uważam, że kobiety potrzebują większej pewności w działaniu. Umowa może dawać takie dodatkowe poczucie oparcia. Świadomość, że to jest dobrze zrobione i że ten obszar jest „zaopiekowany”.

I: Jeszcze wrócę na chwilę do projektowania. Byłam na konferencji Lublin Innovation — to wydarzenie innowacyjne, gdzie pojawili się nie tylko prawnicy, ale też projektanci. Po moim panelu o legal design podeszły do mnie osoby z branży projektowej. Po pierwsze: były wdzięczne, że w ogóle widzę potrzebę włączania ich kompetencji w procesy prawne, bo część prawników podchodzi do tego sceptycznie. Po drugie: zainteresowało ich, że powstaje nowy obszar na styku projektowania i dokumentów. My też z Gosią uczyłyśmy się tego podejścia, bo w projektowaniu dokumentów jest kilka specyficznych wyzwań. Pierwsze: format. W USA legal design często kojarzy się z bardzo graficznymi, kolorowymi dokumentami w plikach „zamkniętych”. Polski rynek szybko pokazał, że u nas 99% klientów potrzebuje dokumentów edytowalnych — negocjuje się je w toku współpracy, więc muszą być w Wordzie. Tu pojawia się druga trudność: dokument po zaprojektowaniu nie może się „rozjeżdżać” przy edycji. Nie ma nic bardziej frustrującego niż plik, który wygląda świetnie, dopóki nic w nim nie zmienisz. Gdy tylko dopisujesz treść i wszystko się psuje — to jest anty–legal design.

Trzecia rzecz to obalanie obiekcji. Część osób wyobraża sobie legal design jako umowy obrazkowe: ikonki, ludziki, tabelki i „ozdobniki”. Tymczasem projektowanie użyteczne to przede wszystkim struktura, jasność, przejrzystość, śródtytuły i ułatwianie szybkiego znalezienia kluczowych informacji. To nie jest konkurs na najbardziej „graficzny” dokument. Oczywiście, jeśli ktoś ma identyfikację wizualną — logo, fonty, styl komunikacji — to Gosia uwzględnia te elementy, żeby dokument był spójny z resztą materiałów i z ofertą, ale nie każdy biznes ma jeszcze identyfikację, więc projektowanie nie może się opierać wyłącznie na brandingu. To raczej suma rozwiązań, które pomagają czytelnikowi sprawnie poruszać się po dokumencie. Dochodzą do tego też elementy dostępności — np. inspiracje z wytycznych WCAG (znanych ze stron internetowych). To nie przenosi się jeden do jednego na dokumenty, ale część zasad pomaga projektować tak, by wspierać osoby z różnymi ograniczeniami.

K | A: Dla nas jako graficzek, ta warstwa projektowa była pierwszą rzeczą, która mnie mocno zainspirowała. Patrzę „po graficznemu” — i widzę, że to nie jest sztuka dla sztuki. Nie chodzi o to, żeby umowa zachwycała wizualnie, tylko żeby wspierała. I żeby nie była „ubogim kuzynem” naszych pozostałych materiałów — dbamy o wizerunek, a potem nagle wysyłamy umowę, która odstaje od wszystkiego.

I: Powiem wam szczerze: nie było trudno zrobić różnicę, bo my, prawnicy, często przygotowujemy dokumenty naprawdę fatalne pod względem składu. Czasem wystarczą śródtytuły i kilka enterów, żeby było lepiej.

K | A: Czyli wcześniej to był po prostu lity tekst?

I: Tak. Zresztą sama się zastanawiam, skąd w nas to przekonanie, że dokument musi być wyjustowany Times New Romanem, z minimalną interlinią, boldem i caps lockiem, jak betonowa ściana. Najlepiej czcionką w rozmiarze 9, żeby bolały oczy. Czasem jeszcze w dwóch kolumnach. Myślę, że to się bierze z tradycji: pracuje się na wzorach patronów, oni pracowali na wzorach swoich patronów — i tak to idzie pokoleniowo. Pewnie wpływ ma też to, jak projektuje się akty prawne (paragrafy, układ, styl).

K | A: Tak, to pewnie przekazywane z pokolenia na pokolenie, które buduje wrażenie niedostępności. Człowiek widzi ścianę tekstu i nawet nie próbuje przez nią przejść. A potem powstaje przekonanie: „Sama sobie nie poradzę, muszę iść do prawnika, żeby mi to wytłumaczył”.

I: Tu możecie mieć rację. Ciekawi mnie, czy kiedyś ktoś celowo myślał o budowaniu dystansu, czy po prostu tak to przejął. Możliwości i narzędzia były inne, świadomość też. Słyszę czasem od prawników: „Jak będziemy pisać prosto, to nikt nas nie będzie potrzebował”. Jest w tym sporo lęku, bo rynek się zmienia. Moim zdaniem ludzie nadal będą potrzebować prawników — tylko inaczej niż dotychczas. Może mniej do „tłumaczenia ściany tekstu”, a bardziej do układania biznesu, procesów i zabezpieczania realnych ryzyk.

K | A: W dodatku dziś usługi prawne są dla wybranych — nie każdego stać i nie każdy ma taką potrzebę na co dzień. Po pomoc sięga się częściej w momentach newralgicznych albo gdy prowadzi się biznes i trzeba to w końcu poukładać. Ten lęk przed utratą klientów często jest trochę wyolbrzymiony. To nie jest tak, że ktoś dziś ma stuprocentowe obłożenie, a po zmianie podejścia nagle straci jedną czwartą klientów. W rzeczywistości wiele osób w ogóle nie trafia do prawników — bariera wejścia jest po prostu bardzo wysoka. To nie dlatego, że nie mają problemów prawnych, tylko dlatego, że prawo kojarzy im się z czymś trudnym, drogim i niedostępnym.

I: Zgadzam się. U mnie ten kryzys wypalenia uświadomił też coś innego: przez lata nie dobierałam klientów według wartości. Po prostu przyjmowałam tych, którzy przychodzili. Dziś mamy narzędzia: można określić wartości, personę, styl współpracy. Ja tego nie robiłam 20 lat temu — wtedy po prostu założyłam kancelarię i działałam. Teraz widzę, że jeśli wiem, jakie wartości są dla mnie ważne i jak chcę prowadzić biznes, to zapraszam do współpracy ludzi, którzy myślą podobnie. Pracuje mi się lepiej, a jakość mojej pracy też rośnie. To nie jest „związek” — ale jednak warto, żeby wartości po obu stronach się nie gryzły.

K | A: Tak jest. Gdy mamy podobne wartości, wszystko się samo napędza. Ten lęk, o którym mówisz, bardzo rozpoznajemy też w naszej branży w kontekście AI. Zmienia się rola: prawnik z legal design, grafik z AI… krajobraz zmienia się na naszych oczach. Coś już mamy wypracowane, ale czujemy, że część rzeczy przestaje działać i jednocześnie pojawiają się nowe obszary, które trzeba ująć także prawnie — np. jak używamy AI w procesie, co to oznacza dla klienta. W umowach kreatywnych to zaczyna być naprawdę ważne. Mamy doświadczenie podpisania umowy narzuconej przez klienta — to się skończyło nieprzyjemnościami. Na szczęście dziś można to układać po swojemu, dlatego zapraszamy was do zobaczenia efektu naszej pracy — przygotowałyśmy testową wersję. To pierwszy etap, nad którym pracowałyśmy wspólnie z całym zespołem Projektu Prawnego.

I: Może powiedzmy krótko, co zrobiłyśmy — w dwóch zdaniach. Dziewczyny, zacznijcie, a ja dopowiem.

K | A: Link zostawiamy w opisie odcinka — możecie podejrzeć, na jakim etapie jesteśmy. Chciałyśmy stworzyć umowę, która będzie ładna, użyteczna i edytowalna, a jednocześnie łatwa do dopasowania wizualnie do własnego biznesu. Co ważne: taka, która stawia nas i klienta na równej stopie — partnersko. Umowa ma po prostu opisywać zasady współpracy. Mamy za sobą różne sytuacje i doświadczenia, więc dałyśmy też swój input: co nas boli jako branżę i co warto zabezpieczyć. Na start przygotowałyśmy umowę dla osób, które jeszcze nie mają działalności i działają w ramach umów cywilnoprawnych — czyli umowę o dzieło. Kolejne kroki to umowy dla osób z działalnością, najczęściej między dwiema firmami — umowa o współpracy.

I: Projekt Prawny, bazując na waszym doświadczeniu i treściach, przygotował wzór w prostym języku: bardziej relacyjny, bez prawniczego nadęcia. Jest tam więcej „dialogu” i jasnych zasad. Do tego Gosia zaprojektowała układ tak, żeby dokument wspierał czytelnika w nawigacji. Zamysł jest też taki, żebyście mogły dopasować umowę wizualnie do swojej identyfikacji. To wzór, więc wiadomo — jednym będzie pasował bardziej, innym mniej. Czasem trzeba go dostroić do siebie. Jako punkt wyjścia, oparty o realne doświadczenie branżowe, to jest bardzo solidna baza.

K | A: Z tego powodu poszłyśmy jeszcze krok dalej: udostępniamy dokumenty jako Google Docsy, żeby każdy miał do nich dostęp, mógł je łatwo edytować i ewentualnie coś przedyskutować. Zaznaczamy tylko, że za drastyczne zmiany „poza kanon” nie bierzemy odpowiedzialności — w takich przypadkach warto skonsultować się z prawnikiem. Chcemy, żeby to wybrzmiało: ta umowa została napisana przez człowieka — nie jest generatem AI. Choć brzmi prosto, ma moc prawną.

I: To jest ciekawy moment społecznego „odwrócenia” — jedni są zachwyceni, inni pytają: „Dlaczego to jest takie proste?”. Prawda jest taka, że po zdjęciu waty słownej, powtórzeń i nadęcia, często zostaje treść, którą da się opisać jasno i krótko. Naszym zadaniem w legal design jest uprościć język, ale nie zgubić poprawności prawnej. Często pada pytanie, czy takie umowy były już w sądach. Jeszcze nie — ale rozmawiałam z sędziami i słyszę, że to jest w porządku. W sądzie nie chodzi o „przepychanie waty”, tylko o ustalenie, co strony uzgodniły.

K | A: Może to ułatwiać, bo nie ma dwuznaczności, która czasem powstaje właśnie przez nadmiar sformułowań.

I: Oczywiście są sytuacje, w których biznes lub klient chce „bardziej formalnie” — i ja to szanuję. Legal design nie polega na robieniu ludziom na siłę rewolucji, ale w branżach takich jak kreatywna czy architektoniczna naprawdę jest przestrzeń, żeby zdjąć watę słowną i zbudować relację także językiem. W naszej umowie pojawia się też formuła bardziej relacyjna, typu „my–wy” (albo „ja–ty”). To nie każdemu pasuje — niektórzy czują, że to zbyt bezpośrednie. To też jest okej. Chodziło o stworzenie wrażenia dialogu.

K | A: Ważne jest też to, że nie ma już: „zleceniodawca, zleceniobiorca” i potem szukania, kto jest kim.

I: Tak, wszystkim się to myli. Jeszcze przy usługodawcy/usługobiorcy bywa odwrotnie, niż ludzie intuicyjnie czują. To w ogóle nie wpływa na skuteczność prawną. Jeśli ktoś nie chce formuły „my–wy”, a chce, żeby było czytelnie, można nazwać strony prosto: „Studio” i „Klient”. Bez kodeksowych określeń — i nadal jest poprawnie.

K | A: To dobra uwaga: kosmetyczne zmiany językowe nie niszczą ważności umowy.

Podsumowanie rozmowy

Zapraszamy was — link do efektów naszej pracy jest pod odcinkiem. Jeśli macie pytania, jesteśmy dostępne mailowo i na Instagramie. Iza, gdzie najlepiej znaleźć Projekt Prawny?

I: Projekt Prawny jest na Instagramie jako „projektprawny”. Ja jestem na LinkedIn jako Izabela Turczyńska-Buszan. Mamy też stronę, gdzie można zobaczyć realizacje i dokumenty, które przygotowałyśmy. Chętnie usłyszę wasz feedback: czy ta forma was zaprasza, odstrasza, czy „my–wy” pasuje, czy nie. Te reakcje bardzo nas rozwijają. Na koniec: zachęcam do odwagi i profesjonalizmu — dołączajcie umowę do oferty jako element otwierający rozmowę. „Tak pracuję, takie są moje zasady”. Bardzo się cieszę, że się spotkałyśmy — czuję, że z tego będą jeszcze fajne rzeczy.

K | A: Też tak czujemy. Dziękujemy za dzisiejszą rozmowę, za konkret i oswojenie tematu. Jeśli macie specyficzne potrzeby prawne — wiecie już, gdzie uderzać.

I: Dziękuję.

K | A: Do usłyszenia, do zobaczenia. Dzięki!

I: Cudnie. Do zobaczenia.



O podcaście "Dochodowe Studio Graficzne"

W każdym odcinku podcastu czekają na Ciebie wskazówki, jak działać w zrównoważony sposób w biznesie kreatywnym, by czerpać ze swojej pracy maksimum satysfakcji, omijać pułapki w komunikacji z klientami i nie dać się złapać wypaleniu zawodowemu.

Bo jesteśmy przekonane, że zasługujesz na biznes, który daje Ci siłę, byś mogła robić to, co kochasz najbardziej, na markę, która przyciąga wymarzonych klientów i na współprace, które przynoszą Ci autentyczną radość i głębokie poczucie spełnienia.

Oficjalna strona podcastu dla graficzek i web designerek

Oceń nasz podcast na Spotify, Apple Podcasts

umowy dla freelancerów
identyfikacja wizualna co to paleta kolorów

Jesteśmy bardzo ciekawe Twoich wrażeń po wysłuchaniu tego odcinka.

Daj nam koniecznie znać, jak Ci się słuchało i w jakiej czynności Ci tym razem towarzyszyłyśmy. Zostaw także ocenę na platformie, na której nas słuchasz, ok? To dla nas bardzo ważne. Jeśli chcesz, abyśmy poruszyły konkretny temat, zgłoś swoją propozycję na stronie podcastu. 

Cheers!
Karla i Ania

zabierz się do pracy

pobierz materiały

Bezpłatne SZKOLENIE

Obejrzyj szkolenie o sposobach wyceniania i dołącz do listy biznesowej dla graficzek i webdesignerek, gdzie uczymy, jak prowadzić dochodowe studio graficzne.

Hello, Girl!

Jesteśmy Karla i Ania, czyli kreatywne duo graficzek i strategów komunikacji.

Od ponad 10 lat wspieramy kobiece biznesy i świadczymy szyte na miarę usługi projektowe. Oferujemy branding, projektujemy grafiki i strony www dla charyzmatycznych, dziewczyńskich biznesów. Wspieranie innych graficzek, naszych sióstr po fachu, to nasze oczko w głowie. Zobacz, co jeszcze możemy Ci zaoferować.

Posłuchaj podcastu dla graficzek podcast dla grafików

Kurs "Dochodowe Studio Graficzne"dochodowe studio graficzne kurs

Zobacz produkty dla graficzek produkty dla graficzek

Bezpłatne szkolenie

Jak wycenić projekt graficzny?

Obejrzyj darmowe szkolenie "Jak wycenić pracę graficzną?" i dołącz do nieszablonowej listy biznesowej dla graficzek i webdesignerek, gdzie uczymy, jak prowadzić dochodowe studio graficzne.